Tańczący z piorunami.
Ten, kto zdecydował się oglądać Ligę Mistrzów i nie pojechał do Katowic na mecz z Rozwojem niech żałuje. Emocje w karnych w Budapeszcie to „pikuś” przy tym, co działo się na ul. Asnyka w Katowicach. Zaczęło się do wymiany ciosów pomiędzy zespołami, ale bardziej precyzyjni byli gospodarze. Przy stanie 3:1 rozerwało się niebo i blisko nas błysnęło i potężnie zagrzmiało. Sędzia natychmiast przerwał mecz i udaliśmy się na 30 minutową przerwę do szatni. Gdy ryzyko burzy minęło, wróciliśmy do gry. Na początek ponownie wymiana ciosów i ponownie to Rozwój jest skuteczniejszy. Na przerwę schodzimy przegrywając 1:4.
Drugą połowę rozpoczynamy od straty dwóch bramek i zaczął się rysować scenariusz z pierwszego meczu, gdy przy 1:6 zaczęliśmy odrabiać straty. Sygnał do „remontady” dał Igor Opałka. Środek pola zaczął napędzać Wojtek Gruszka a Narek Hakobyan swoimi dryblingami tworzył przewagę. Skutecznie zaczął grać Filip Pakulski a obronę z determinacją trzymał Leon Brzeżański i Filip Bogucki. Odrobiliśmy część strat i wynik 4:6 dał nam dodatkowe siły i wiarę, że można ten mecz wygrać. Walka toczyła się o każdy centymetr boiska. Z tej walki wyciągnęliśmy kolejne trzy bramki i wyszliśmy na prowadzenie 7:6. Rozwój z determinacją dążył do wyrównania i pomimo dobrych interwencji Tadka Podsiadły zrealizował swój cel. W końcu wyszło słońce … i zaświeciło dla nas. Strzelamy ósmą bramkę i pomimo nacisku Katowiczan dowozimy zwycięstwo. Po gwizdku nastała ogromna radość. Ponoć nic dwa razy się nie zdarza… a tu mecz kropka w kropkę taki sam jak w pierwsze rundzie..
Vamos Unia!